Z antropologii z wykładów pamiętałam, że w Afryce rzeczy dzieją się, gdy "czas dojrzeje" :) niekoniecznie z zegarkiem w ręku. Jak ma się stać, to się stanie w dogodnej porze. Wymarzona pora przyszła dla mnie, planowałam ją po europejsku, a jednak przyszła po swojemu. Dostałam zaproszenie od przyjaciela - misjonarza - do Tanzanii.
Pamiętam dwa sprzeczne obrazy - lecz kogo dziwią sprzeczności, gdy siebie samego raz widzi się pełnym czułości, a raz pełnego nienawiści? Kraj grozy i szczęścia. Bałam się - owszem, nawet bardzo, że jak będziemy mieć wypadek, to karetka nie przyjedzie, bo jej tam nie ma. Komarów z malarią też. Węża, który w zasłyszanych opowieściach mógł się zwinąć w rogu kąta też. Chciano mnie kupić za żonę za trzy krowy. W szpitalu nie używano rękawiczek i środka dezynfekcyjnego. Ludzie z wioski nie mają dowodów osobistych - gdy giną, nikt ich nie szuka. Ojcowie gwałcą swe córki. W plemiennych zwyczajach oko za oko. Drugi obraz to "huimba na kuczeza" (śpiewaj i tańcz w języku suahili, które przełamywało wszelkie pierwsze lody). Oprócz kraju grozy, to kraj szczęścia. Tańczyłam po mszy na piachu w niedokończonym budynku zdrowotnym, tańczyłam z dziećmi bez żadnych konwenansów i tańczyłam w domu, gdy mała Eva śpiewała mi na powitanie (brak tańca, gdy gość przybywa to niemalże obraza). Hojność rozdawano. Przy lepiance, gdzie babcia z dziadziem obierali kukurydzę, goniliśmy kurę, myśląc, że łapiemy ją dla nich, lecz ta chciała podarować ją nam - mnie i misjonarzowi w podzięce za wizytę - odmówiliśmy twierdząc, że boję się trzymać kurę, bo jestem z miasta :) Po wspomnianej mszy dano mi talerz ryżu z fasolą i bawarkę. To szczęście nie było udawane. Ono smakowało. Może ilość goryczy wyostrza zmysły na słodycz. Nauczyłam się, że śmierć jest tam czymś naturalnym - po prostu. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Lecz przez to, że byłam świadoma tylu zagrożeń to paradoksalnie bardziej czułam, że każdy dzień i chwila jest darem i nie jest to pustosłowie. Bezcenne. Tutaj czuje się zwodniczo bezpiecznie.
Co zapamiętałam? Wolność dzikiej przyrody nie skrępowanej siatką jak w zoo - słonia opierającego trąbę o samochód i me myśli pełne strachu, że jeden głupi ruch i po nas - wolność i piękno żyrafy biegnącej przez sawannę i śpiącego geparda na drzewie ... Dźwięk brzęczących kapsli zawiniętych na drucik grających w rytm tańca, śpiew i śmiech, strach i grozę, biedę i nędzę. I imię, którego się nie zapomina - Furaha - co znaczy szczęście - bo właśnie tam w kraju grozy, tudzież biedy - właśnie tam wiedzą, co to szczęście - radość z tego, co jest, bo dziś jest, a jutro nie ma. Natura uczy pokory i szacunku.
Odnalazłam swoją Afrykę - w mojej przestrzeni, moim sercu - proste, zwyczajne szczęście z kilku chwil, by nie przytłoczył ich cień mojej osobistej grozy.
A bardziej wnikliwych zapraszam do poznania Bakhity - co również znaczy szczęście - film - prawdziwa historia świętej niewolnicy... Na dobry początek dla ucha Tabasamu (co znaczy uśmiech:)
Tabasamu - uśmiech...